Hortiterapia w wydaniu mieszkaniowym

Horiterapia, czyli terapia ogrodem. Siejemy aksamitki oraz zioła., które wystawimy za okna od strony podwórka.

Dotykamy, ugniatamy, przesypujemy… Zaklejamy oko i ĆWICZYMY CELNOŚĆ (najpierw ziemią do doniczek, potem ziarenkami do dołeczków).

1. Nasiona aksamitków zbierała mama późnym latem.

2. Ziemia taka ciężka, że mama musiała trochę pomóc (Teoś nasypywał to co spadło na podłogę).

3. Nasionka już przygotowane?

4. Jeszcze tylko mama zrobi dołeczki…

5. i zaczynamy!
6. Trochę nie trafiamy do tych dołeczków, 

7. a drugie trochę wyleciało na rajtuzy…

8. ale w doniczce też jest sporo- przysypiemy je ziemią! (Babia Anka, czy tak to powinno wyglądać??).

9. Na koniec uklepywanko.

10. Doniczka nr 2: ziołowa.

11. Trochę się już wkurzam na zaklejone oko.

12. Robimy dołeczki…

13. i wsypujemy nasionka14. i jeszcze jedne… (idzie nam już coraz lepiej!)15. Na koniec wszystko trzeba podlać (czy trzeba?? nie wiemy! nie znamy się na ogrodnictwie:/ )16. Teoś sam!17.  Trochę się napije.. (żart!)
18. Gotowe! Teraz tata wystawi donice za okna.19. Pamiętajcie żeby po wszystkim dokładnie umyć ręce!

Panna S. (czyli nowa przygoda z soczewką miękką)

Oczy Teosia zaopatrzone i chronione.
Od tygodnia używamy soczewki miękkiej, właśnie zamówiliśmy zapas wraz z niezbędnymi akcesoriami.
Miękkie soczewki to nic wyjątkowego. Jeśli nie nosisz ich Ty, to na pewno znasz przynajmniej kilka osób z nich korzystających.
Jednak dla nas i półtorarocznego oczka Teo to duże (dosłownie!) wyzwanie. Zakładanie, wyjmowanie, zakrapianie… i wszystko całkiem inaczej niż w przypadku soczewek twardych.
Na szczęście dajemy radę, a przede wszystkim radę dają Teosomek i Tata Teosomka, który najsprawniej radzi sobie z obsługą soczewki.
Całe to zamieszanie ma za to wiele plusów. Soczewki miękkie są delikatniejsze dla oczka, łatwiej dobrać właściwy rozmiar i trudniej je zgubić. A jeśli już się to zdarzy lub soczewka zostanie uszkodzona. Nowa jest łatwo dostępna (nawet w Toruniu!).

Soczewka Teosia jest tak nowej generacji, że ho ho ho!
Nie ma problemu żeby zdrzemnąć się w niej w ciągu dnia, nie musimy martwić się o wilgotność, odżywienie rogówki i inne ważkie sprawy. Niestety musimy wymieniać ją co 2 tygodnie, co w półrocznej kalkulacji cenowej nie wypada znacznie atrakcyjniej od soczewki twardej (ale trochę lepiej tak!) .

Jednak po tygodniu użytkowania myślimy, czujemy, wiemy… że warto!

Dziś poza zamówieniem 6 sztuk soczewki zakupiliśmy również przeciwsłoneczne okulary (oczka Teosia nie lubią słońca: łzawią, czerwienią się i ropieją, a Teoś niezacieniony dostaje histerii). Pierwszy spacer zaliczony, użytkownik zadowolony! Ani razu nie ściągną gogli z nosa!

JAK WAM SIĘ PODOBA?

11146353_10205355731846396_35362816873939977_o

 

Pożegnanie

W dniu wczorajszym odeszła od nas bez słowa pożegnania Soczewka IV zwana Idealną.
Służyła nam dzielnie przez aż 6 miesięcy. Niestety oko Teośka rośnie i w ostatnim czasie Soczwa zaczęła coraz częściej niebezpiecznie się od niego oddalać. Może było jej ciasno, a może po prostu spodobało się jej w Bydgoszczy…
Na szczęście już za tydzień jedziemy po przymiarki do kolejnej.

A dziś załamanie pogody i Teoś śpi i śpi, i śpi….11070371_10205243970372429_949135391_o

Karty Lulu, wydawnictwo Oculino

    

10699119_10203838668880770_2125203433_n

    Ciocia Dorota z wydawnictwa Oculino, jest naprawdę super!* No i karty Lulu takie ładne, kolorowe… A Lulu to nawet nosi plasterek na oku i się uśmiecha, może i Teo się przekona do zakrytego oka?? W każdym razie warto je mieć,pomyślałam, śledząc całą inicjatywę powstawania kart do stymulacji wzroku dzieci i zabaw wzrokowych.

Tak naprawę jednak nie byłam wcale przekonana, czy wzbudzą one w Tosiu większe zainteresowanie niż zwykłe książeczki kontrastowe, a tymczasem…

Karty Lulu, okiem rodzica:

– Wykonanie przemyślane, nad wyraz solidne i estetyczne.

- Karty o wielkości idealnej dla łapek dedykowanej grupy wiekowej.

- Nie za ciężkie, nie za twarde i co ważne z zaokrąglonymi rogami! – Kolory przyjemne: kontrastowe, ale nie rażące.

- Instrukcja jasna, pomysły zabaw ciekawe.

Jedyne do czego mogłabym się przyczepić, to, że plansza do zabaw wzrokowych jest trochę za mała, a przez to zbyt trudna jak dla naszego mniej-niż-roczniaka, ale myślę, że zanim Teo skończy 3 lata, jeszcze nie raz ją wykorzystamy! Cena , jakość oraz autorskie rysunki i polskie wykonanie wypada na duży plus!

    Listonosz przyniósł paczkę od Oculino, kiedy Teoś drzemał po porannej rehabilitacji. Po drzemce pojechaliśmy na rehabilitację popołudniową i klubikowe spotkanie z innymi maluchami – czyli dzień wyjątkowo pracowity. Po powrocie zastanawiałam się nawet, czy nie przedstawić Tośkowi Lulu dopiero następnego dnia, ale ostatecznie nie wytrzymałam i bez żadnej przemyślanej strategii zabawy rozłożyłam przed nami karty. Natychmiast dał się zaobserwować ogromny wybuch entuzjazmu ze strony naszego Tośka.

Karty Lulu oczami malucha:

(jednym okiem prawie zdrowym, drugim z wadą -15, zasoczewkownym)

- okrzyki radości,

- machanie łapkami,

- podskakiwanie na pupie,

- przebieranie w kartach, wybieranie, oglądanie, a nawet smakowanie!

Mimo sporego zmęczenia Teo całkowicie zaangażował się w spontaniczną zabawę, przyglądał się obrazkom, dokonywał wyboru spośród dwóch zaprezentowanych, wyciągał ręce, a nawet uśmiechał się do wyszczerzonej buzi Lulu i gadał przy tym tak, jakby faktycznie zapoznawał się z przyszłym kumplem.

    Nie znam się na widzeniu i patrzeniu, ale mina Teosia oglądającego karty Lulu, wielkie oczy, a w nich zachwyt, każą mi uwierzyć, że w tych kartach zaklęty jest taki świat na jaki oczy Teo patrzą z przyjemnością i zainteresowaniem. A może przede wszystkim ze zrozumieniem? Pozornie chaotyczny dobór obrazków pozwala na tworzenie nieskończonej ilości zabaw i Lulowych opowieści. Aż sama nie mogę się doczekać wspólnej zabawy. Zobaczymy, jak karty sprawdzą się jutro w porze plasterkowania. ______________________________________________________________

* żeby nie było… w moim wpisie nie ma za grosz prywaty. Ciocię Dorotę znamy tylko z internetu, ale cenimy jej wspaniała pracę oraz cenne rady jakich udziela nam cierpliwie od początku naszej przygody z niedowidzeniem zwanym potocznie „ piractwem”.

 

A karty Lulu oraz inne produkty Oculino znajdziecie tutaj: 
https://oculino.com/

zasoczewkowany

4 DNI Z ŻYCIA SOCZEWKI

Podsumowanie:

  •  odbyte podróże: Toruń- Wylazłowo- Toruń. Toruń-Bydgoszcz- Toruń
  • zwiedzone miejsca: dom Teosia, dom i ogród dziadków z Wyla, plac zabaw w parku na Bydgoskim Przedmieściu, Dorotkowo, Szpital Jurasza w Bydgoszczy.
  • przebyte aktywności: huśtanie, kręcenie, podrzucanie, rehabilitacja ruchowa, rehabilitacja logopedyczna, malowanie farbami, podróż samochodem, spacer wózkiem (z głową rozglądającą się na wszystkie strony), zabawy z Lenką, zabawy na piłce, kąpanie
  • zaliczone wypadnięcia: 2 (w wyniku wsadzenia zabawki w zasoczewkowane oko, w wyniku zalania oka wodą)
  •  zaliczone groźne przemieszczenia poza tęczówkę: 0
  • odnotowane problemy: wieczorne wyjmowanie (Teo albo zaciska powieki, albo wywraca gałkę oczną tęczówką do tyłu)

Bilans: JESTEŚMY BARDZO ZADOWOLENI
wszystkim zaś którzy wsparli nas w sprawnej wymianie soczewki jeszcze raz wielkie DZIĘKI!

Soczewki kontaktowe twarde u dzieci, czyli niedoświadczonych rodziców przygody.

Nawet nie wiem od czego zacząć porównanie tak nieporównywalnych wizyt w dwóch zajmujących się tym samym (ale nie tak samo) ośrodkach okulistycznych.

Wrocław vs Warszawa
Wiele dzieci trafia najpierw tak jak my do Warszawy. Pionierska w dobieraniu niemowlakom soczewek twardych przychodnia pamięta czasy początku swojej działalności (25 lat) i choć ówczesnych zasług nie można jej odebrać, dziś straszy ponurą poczekalnią, brudnymi zabawkami, niespełniającą standardów toaletą, mało profesjonalną recepcją i obrażoną na pacjentów Panią Doktor.
W zestawieniu z wrocławską nowoczesną kliniką okulistyczną:  piętrową, wyposażoną w windę, piękne, kolorowe poczekalnie, czyste toalety, przemyślane zabawki, kącik dla mamy z dzieckiem, pomocne panie w recepcji i uśmiechnięte oraz cierpliwie dwie (aż!) Panie Doktorki, Warszawa już w pierwszym wrażeniu wypada słabo.

Kolejne różnice widać podczas badania.

Zacznijmy od tego, że dzieci to specyficzni pacjenci wymagający nieraz niezwykłych pokładów cierpliwości i nieskończonego zapasu uśmiechu. Choć przy warszawskim gabinecie przeczytamy informację o tym, że każdy pacjent jest inny i wymaga innej  porcji cennego czasu  (dlatego prosi się współpacjentów o wyrozumiałość) Sama Pani Doktor, raczej nie wykazuje się cierpliwością, narzekając zarówno na rozkojarzone, odmawiające współpracy przy badaniu dziecko, jak i zdenerwowanych, nieradzących sobie z wkładaniem soczewki rodziców. Od początku wizyty czuliśmy się więc niemile widziani, choć za zostawioną górę kasy spodziewaliśmy się spokoju, a nawet wspólnej kawy ;)
Pani Doktor zmuszona przez napierające do poczekalni tłumy zbadała oczka Teosia tylko w zakresie koniecznym do sprzedaży soczewki (wada + rozmiar) i dość niespójnie i bardzo pobieżnie odpowiedziała na przygotowany przez nas zestaw pytań.
(o tyle niespójnie, że odpowiadając na te same pytania podczas pierwszej i drugiej wizyty udzieliła dwóch różnych odpowiedzi!).
Dla odmiany Wrocław: Po pierwsze Panie Doktorki są aż dwie (jedna dobiera soczewkę do wady i wielkości oka, a druga bada oczka, szukając ewentualnej przyczyny krótkowzroczności i cierpliwie, rzeczowo odpowiadając na wszystkie wątpliwości rodziców). Teo zmęczony długą podróżą, marudził jak nigdy dotąd, ale poza mamą, nikt się tym nie przejmował. Tyle razy ile to było konieczne robiliśmy przerwę i zmienialiśmy lokalizację (Teoś był więc badany na wszystkich możliwych krzesłach i stołach w gabinecie oraz poczekalni) i choć my nie mieliśmy już siły,lekarki były nieugięte w konieczności pełnego zbadania małych oczu.
Komplet badań, komplet informacji, możliwość przymierzenia soczewki o podobnych parametrach i przetestowanie jej w zabawie… w końcu wyszłam z gabinetu nasycona potrzebną wiedzą i może przestanę zasypywać pytaniami zaprzyjaźnioną ciocię Dorotę z wydawnictwa Oculino.
I wreszcie ostatnie, ale dla większości równie ważne: ceny.
I tu znów wygrywa Wrocław. Same ceny soczewek może nieznacznie się różnią. Te z Warszawy są o 100 zł droższe, ale za to wraz z soczewką dostaje się niezbędny początkowy ekwipunek- czego nie otrzymaliśmy we Wrocławiu.
Za to w przypadku wizyty oszczędzamy już bardzo wiele. Wrocław, wizyta niemowlaka zawiera kopmleksowe badanie wzroku:  badanie komputerowe, dokładne badanie gałki ocznej, ciśnienia, dna oka + dobór soczewek= 300 zł- w tym druga wizyta (odbiór i nauka wkladania) gratis. W Warszawie komputerowe badanie wzroku + dobór soczewek= 350 zł, odbiór soczewek i nauka wkładania znów 350zł, czyli łącznie ponad dwa razy więcej niż na Dolnym Śląsku.
Próbę sprzedania nam przy okazji warszawskiej wizyty całej masy dodatkowych okulistycznych akcesoriów, również po niebagatelnych cenach przemilczę.Nie mogę jednak nie podzielić się pewną wątpliwością: otóż na soczewkę warszawską (produkowaną podobni w USA) czekaliśmy 3 dni???, a na wrocławską z Niemiec 3 tygodnie!!! czy trzeba wyjątkowej inteligencji, żeby to wyjaśnić? Warszawska od pierwszej godziny użytkowania sprawiała nam kłopoty, po prostu nie trzymała się oka,wędrowała aż pod powiekę, wypadała praktycznie co chwila, by w końcu przepaść bezpowrotnie ( po 4 tygodniach użytkowania wypełnionego nerwowym sprawdzaniem, czy jeszcze jest w oku). Teo, mając zaklejone zdrowe oko i operując tylko zasoczewkowanym nie radził sobie z chwytaniem, nie trafiał rączką do przedmiotu. Wrocławska od rana pierwszego dnia trzyma się dobrze, mimo wzmożonej ruchliwości Teosia.
 Dodam jeszcze, że wrocławską soczewkę, jeśli z jakiś powodów nie pasuje do oczka, można reklamowąć przez pierwsze 3 miesiące użytkowania i wymienić na nową. Warszawską można co najwyżej zgubić.
Póki co jedynym minusem Wrocławia, jest jego odległość od Torunia i to, że mamy tam tylko jednych znajomych, których nie chcemy aż tak często „cieszyć” naszą obecnością.
__________________________________________________________
I jeszcze ostatnia refleksja:
Pani Doktor z Wrocławia zaskoczyła nas sporą wiedzą na temat Zespołu Downa (znajomością rodzajów rehabilitacji i umiejętnością powiązania ich z zasoczewkowanym oczkiem) A także jako jedyna okulistka (a byliśmy u wielu) postawiła tezę, że anomalie genetyczne mogą mieć wpływ na występowanie krótkowzroczności u dzieci.

O postępach w soczewkowaniu będziemy informować na bieżąco. Tymczasem trzymajcie kciuki za dzielnego pirata! Następna wizyta już we wrześniu…

Jak Pomorze nie pomoże to pomoże może morze a jak morze nie pomoże to pomoże może Gdańsk

Morze pomaga: na zmartwienia związane z koniecznością wymiany soczewki, na zmęczenie rehabilitacją i czekanie na „efekty”, na brak cierpliwości dla codzienności.
I Pomorze pomaga, a w szczególności Gdańsk i wujek Michał, dzięki któremu wieść o zapotrzebowaniu na nową lunetę poszła w szeroki świat. Jest też nadzieja, że kolejne wymiany soczwy będą przebiegać już sprawniej i z mniejszą ilością stresów.
Bez niespodziewanego rozwoju okulistyki dziecięcej postępującej wady wzroku Teosia nie da się zatrzymać, ale czy to znaczy, że regularne noszenie lewej soczwy i zaklejanie prawego oka nic nie zmienią?
Nie.
Patrzenie jest w oku, ale widzenie w mózgu. Gdyby nie ten drogocenny kawałek szkiełka leniwy (a może po prostu sprytny) mózg Tosia przestałby przetwarzać obrazy płynące z lewego oka i po jakimś czasie, nawet patrząc przez najdoskonalszą soczewkę Teo nic by nie zobaczył. Jednooczne widzenie, to widzenie bez głębi i właściwego postrzegania przestrzeni. Odpowiednio wczesne zastosowanie soczewki, połączone z ćwiczeniami to szansa na ocalenie (w ostatniej chwili) widzenia obuocznego. To dla Teo szansa na lepszy rozwój umysłowy, ruchowy i (mamy nadzieję) artystyczny.

Nowy wujek Tosia, pasjonat Stoczni Gdańskiej ugościł nas miło w swojej pracowni i taką wypasioną fotę strzelił szlaga.blogspot.com/2014/07/goscie-z-torunia-na-dokach.html?m=1

image

Deszczowy dzień nad morzem, może być jednak udany!

poszukiwany/ poszukiwana

We wtorek soczwa zgubiła się na dobre…,

a przynajmniej tak myśleliśmy podczas godzinnych poszukiwań w centrum Ciechanowa.

Między kontrolnymi wizytami w ciechanowskim szpitalu wybraliśmy się zwiedzać centrum miasta (słowo starówka byłoby tu znaczną przesadą). Oczywiście średnio co 15 metrów sprawdzaliśmy, czy soczwa nie wypadła. Kiedy już zdawało się, że trzyma się przyzwoicie, kiedy rozluźniliśmy się na tyle, by pomyśleć o zakupach, a sprawdzanie soczwy stało się niestresującą rutyną… zniknęła. Po dokładnym obejrzeniu: Tośka (w ubranku, bez ubranka, a nawet bez pampersa), wózka (we wszystkich warstwach tapicerki i pod..), oka (pod powieką górną i dolną, i w kąciku). Przejrzeniu podłóg w miejscowej drogerii i zaalarmowaniu pracowników sklepu o problemie, zwątpiliśmy we własną percepcję. A może wcale jej w oku nie było, kiedy wchodziliśmy do sklepu? Może nie ma jej już dawno i tylko nam się wydawało, że była? Zaczęliśmy więc szukać wszędzie tam, gdzie spacerowaliśmy, ale elegancka płyta deptakowa z mieniącymi się elementami nie ułatwiała sprawy. Wciąż nurtowało mnie to, jak soczwie udało się wypaść z ochranianego okularami oka i znaleźć się gdzieś poza granicami wózka (który swą szerokością służy nam aktualnie jako wielki łapacz wypadających soczewek).

Niemożliwe?

A jednak, soczwy ciągle nie było, a nam skończyły się pomysły na szukanie.. Wreszcie zrezygnowani wyruszyliśmy z powrotem w stronę szpitala i…

zobaczyliśmy ją!

Wyłaniała się nieśmiało z kącika oka, najwyraźniej zmęczona zwiedzaniem tamtej strony gałki. W ciągu kilku sekund zwinnie trafiła znowu na tęczówkę.

Ufff.. nie do pomyślenia, ile pomieści oczko niemowlaka!

SOCZWA

„Soczwa”, tak nazywamy soczewkę twardą, gazoprzepuszczalną, którą sprawiliśmy Teosiowi.

Nie- nie jest to nasze widzimisię.

Tak, wolelibyśmy okulary,

ale nie- nie dało się.

Przy tak dużej i dziwnej wadzie wzroku, którą dostał Teo, kiedy stojąc za długo w kolejce po piękny uśmiech, trafił na koniec tej od sokolego wzroku, jedynym rozwiązaniem jest i przez najbliższe lata będzie – soczewka.

Ten cenny kawałek okrągłego szkiełka, który codziennie rano w asyście taty lub dziadka wkładam do Teosiowego oczka i codziennie wieczorem (nieraz już po zaśnięciu) wyjmuję. Ocalił lewe oko Teo od całkowitego oślepnięcia. Dzięki soczewce Teoś znów zacznie używać lewego oka i przestanie zezować prawym.

O ile… soczwa wcześniej nie zgubi się lub nie zniszczy.

Tak. Soczwa nie tylko kosztowała dużą górę pieniędzy, nie tylko wymaga okropnego wkładania i wyciągania, ale też ciągłej uwagi. Czy nie wypadła, czy się nie zgubiła, czy nie została zgnieciona, gdzieś w salonie, na dywanie..

A wypadła już nie raz w swojej dwutygodniowej karierze.

Szukamy więc kompromisu między beztroskimi zabawami, a rehabilitacją wzroku, czekając aż rogówka oka przyzwyczai się do kształtu szkiełka lub aż za 3 miesiące wymienimy soczewkę na nową (adekwatną do aktualnego rozmiaru gałki i wielkości wady) być może lepiej pasującą…

A teraz jest soczwa ta okropna, stresująca, ograniczająca, wypadająca… ta pozwalająca Teosiowi oglądać świat dwojgiem oczu.

I jest Teoś pirat, który przez 6 godzin dziennie wygląda tak:

Zdjęcie0458