SOCZWA

„Soczwa”, tak nazywamy soczewkę twardą, gazoprzepuszczalną, którą sprawiliśmy Teosiowi.

Nie- nie jest to nasze widzimisię.

Tak, wolelibyśmy okulary,

ale nie- nie dało się.

Przy tak dużej i dziwnej wadzie wzroku, którą dostał Teo, kiedy stojąc za długo w kolejce po piękny uśmiech, trafił na koniec tej od sokolego wzroku, jedynym rozwiązaniem jest i przez najbliższe lata będzie – soczewka.

Ten cenny kawałek okrągłego szkiełka, który codziennie rano w asyście taty lub dziadka wkładam do Teosiowego oczka i codziennie wieczorem (nieraz już po zaśnięciu) wyjmuję. Ocalił lewe oko Teo od całkowitego oślepnięcia. Dzięki soczewce Teoś znów zacznie używać lewego oka i przestanie zezować prawym.

O ile… soczwa wcześniej nie zgubi się lub nie zniszczy.

Tak. Soczwa nie tylko kosztowała dużą górę pieniędzy, nie tylko wymaga okropnego wkładania i wyciągania, ale też ciągłej uwagi. Czy nie wypadła, czy się nie zgubiła, czy nie została zgnieciona, gdzieś w salonie, na dywanie..

A wypadła już nie raz w swojej dwutygodniowej karierze.

Szukamy więc kompromisu między beztroskimi zabawami, a rehabilitacją wzroku, czekając aż rogówka oka przyzwyczai się do kształtu szkiełka lub aż za 3 miesiące wymienimy soczewkę na nową (adekwatną do aktualnego rozmiaru gałki i wielkości wady) być może lepiej pasującą…

A teraz jest soczwa ta okropna, stresująca, ograniczająca, wypadająca… ta pozwalająca Teosiowi oglądać świat dwojgiem oczu.

I jest Teoś pirat, który przez 6 godzin dziennie wygląda tak:

Zdjęcie0458

RELAX

Tak się zrelaksowaliśmy, że na prawie dwa miesiące zapomniałam o blogowaniu. Dziś korzystając z dobrego snu Teo oraz braku dobrego filmu na wieczór nadrabiam zaległości.

Czas prawdziwie wakacyjny zaczął się u nas dokładnie 10 dni temu. Kiedy po wizycie u warszawskiego okulisty wróciliśmy prosto do Wyla.

W Wyla nie mamy:

  • fachowej rehabilitacji,
  • profesjonalnej maty do ćwiczeń (ani klinika, ani wałeczka…),
  • spotkań z ciocią Tiną i ciocią Anią,
  • dużego basenu z wirami,
  • wizyt lekarskich,
  • zabawek sensorycznych,
  • regularnego, dyktowanego przez konieczne zabiegi i umówione ćwiczenia trybu dnia,
  • motywacji mamy by regularnie ćwiczyć z Tośkiem.

Za to w Wyla mamy:

  • prawdziwe, a nie z książeczek zwierzaki: świnie, krowy, koty, psy, króliki, kurki, ptaszki, muchy, pszczoły, żaby… Ich realne dźwięki, zapachy, futerka,
  • kolorowe kwiaty, krzaki, drzewa… do wąchania, dotykania, oglądania,
  • piaskownicę
  • basenik i wiadro do kąpieli, oraz całkiem sporą ( w stosunku do rozmiarów Teośka) wannę pływacką,
  • huśtawko- hamak,
  • śliskie od pastowania podłogi dębowe- idealne do jeżdżenia na kocyku,
  • masującą stopy i dłonie babcię,
  • wszędzienoszącego, wierszerecytującego dziadka,
  • ciepły, letni deszcz- kapiący prosto na głowę,
  • pyszne owoce i warzywa z własnego ogródka i lasu,
  • nieograniczoną ilość świeżego powietrza.

i tak w zgodzie z naturą (tą potężną i wszechobecną oraz tą naszą, indywidualną, zwaną inaczej lenistwem) odpoczywamy sobie jeszcze do końca miesiąca.

tak Teoś nie oglądał świnek tylko jaskółki10492392_267899596742060_6906784876481068793_n