A to było tak. Wielkanoc.

Sprawiedliwy podział dóbr pod postacią wnucząt przejawia się u nas między innymi zamiennym spędzaniem świąt raz z jednymi, raz z drugimi dziadkami. Tegoroczna Wielkanoc przypadła dziadkom bydgoskim. Nie obyło się oczywiście bez prób przekupstwa i szachrajstwa ze strony dziadków z Wyla, a i my najchętniej spędzilibyśmy święta w dwóch miejscach na raz lub ze wszystkimi rodzicami jednocześnie. Czasoprzestrzeń pozostała jednak nieopanowana.

Z racji tego, że do Bydgoszczy mamy blisko oraz, że bydgoscy dziadkowie dużo pracują aż do wieczora Wielkiej Soboty zostaliśmy  w Toruniu. Zaliczyliśmy standardowo: zakupy, nie duży (ale jednak!) epizod gotowania i pieczenia, zwiększoną dawkę rehabilitacji (żeby bez wyrzutów sumienia wypoczywać w święta)…  W tym wszystkim, tak jak przystało na młodych XXI wieku zapomnieliśmy całkiem o refleksji Wielkiego Tygodnia.  Obudziliśmy się dopiero w sobotę.

Teo przygotował ze mną koszyczek, zjadając kolejno wszystkie elementy: wiklinę, sianko, cukrowego baranka, chlebek, jaja na twardo przed malowaniem, jaja po malowaniu, ozdoby, zieleninę, jeszcze raz baranka, bo taki słodki… Święcenie pokarmów jendak przespał, choć przez sen chyba usłyszał wydany przez księdza nakaz uśmiechania się i realizował go dzielnie przez całe święta.

U dziadków gorąco i głośno. Tesiek wciąż na rękach, zagadywany, rozpieszczany. Mieszkanie kolorowe od wiosennych ozdób. Stół wciąż na nowo syto zastawiany. Pogoda sprzyjająca spacerom… Tylko reszty rodziny nam trochę brakowało, żeby duch Wielkiejnocy był bardziej odczuwalny. W strojeniu się na śniadanie, w wielkiej rodzinnej wyprawie do kościoła, w wspominaniu dzieciństwa i laniu wody w poniedziałek.

W poniedziałek wieczorem byliśmy już z poworotem w domu…ufff (cisza, dresy i płatki z mlekiem ;-) )

Teoś, aktualnie odsypiający szaleństwa z dziadkami ma za sobą: pierwsze malowanie jajek, kolejną – grzeczną wizytę w kościele , nowy zwyczaj: jedzenia przy stole razem z dorosłymi (świetnie wspiera jego apetyt), pierwszy nocleg u dziadków bydgoskich, pierwsze zwiedzanie rodzinnego miasta swojego taty, pierwszy spacer w nosidle dla „dużych dzieci”, spotkanie z wielkim dmuchanym wielkanocnym zającem.

10267773_246071552258198_2292648435136579794_n1939655_245905088941511_1830101361397387960_n 10176128_246129928919027_7163836957593865984_n

SAM- teO – DZIELNY

Już trzecią noc Teo dzielnie przespał sam we własnym łóżeczku i mama Teo też dzielnie przespała całą noc tylko z tatą.

Kiedy decydowaliśmy się na rodzinne spanie, wciąż słyszeliśmy, jak to potem będzie trudno dziecko odzwyczaić…. Szczególnie upartego z natury trisomiaka.

Tymczasem dziecko odzwyczaiło się samo. Po prostu trzy dni temu zasnęło tak twardo odłożone na czas wieczornych porządków do własnego łóżeczka, że żal było zakłócać ten sen przekładaniem do łóżka rodziców. Dodam, że wcześniej Teo zwykł budzić się około 23 na małe dokarmianie i zasypianie na piersi mamy. Ostatnio zasypia około 20:30 i przesypia smacznie 9 godzin bez podjadania, bez sprawdzania czy jesteśmy obok, bez wzdychania i kokoszenia.

Nie da się ukryć, taka rozłąka jest trudna. Trudna dla rodziców, którzy muszą nauczyć się spać bez ciepełka małego ciałka i wygrzebywać się spod wygrzanej kołdry, gdyby maleństwo nagle zapłakało, i zaufać, że ten szkrab, który niedawno ważył 2,5 kg da radę sam bezpiecznie przespać całą noc…

Teraz wszystkim nam jest za to dużo wygodniej. Teo może spać w pozycji krzyżowej na brzuchu, rozkładając się na całą szerokość swojego materacyka, bez wgniatania rodziców w kąt łóżka i trochę dalej od chrapania taty… A my mamy dla siebie z powrotem 160 cm szerokości i sen nieprzerywany każdym stęknięciem bobasa. A rodzinne przytulanie i kokoszenie zaliczamy przed 20 i po 5:30.

Tak, wstajemy bardziej wypoczęci!

Nie! Nie wystawimy łóżeczka Tośka z naszej sypialni. Jeszcze nie teraz.