ssaki

Święta za nami, Tosiek padnięty od emocji, brykającego kuzyna, pozowania do zdjęć, wąchania wigilijnych potraw, słuchania kolęd w rodzinnym wykonaniu. Odsypiał ten zgiełk bez mała ” wielkiej greckiej rodziny” prawie 2 dni. Z powodu kataru daliśmy mu nawet trochę odpoczynku od ćwiczeń. Do dziś głowa bardziej mu się kiwa od tego umęczenia świątecznym rozgardiaszem, mamy nadzieję, że dojdzie do siebie szybko…

Dziś już dzień jak co dzień (tyle, że u dziadków), czeka nas normalna ilość gimnastyki i masaży, Póki co Teo jednak śpi, a ja śpieszę, by pochwalić się, że 24.12.2013 r. Teofil Antczak został ssakiem, prawdziwym!

Trochę z powodu mlecznego kryzysu, który miał miejsce dzień wcześniej, trochę przez ilość wigilijnych gości, która ograniczała spokojne chwile sam na sam z laktatorem, na pewno dlatego, że Tośka język bardzo się usprawnił. Od dnia Wigilii Toś wyciąga mleko samodzielnie. Prawego cycka opanował wzorowo, lewego wciąż jeszcze dostatecznie, ale nad tym pracujemy. Laktator i seria butelek przestały zajmować centralne miejsce w kuchni.

Jest szybciej, łatwiej, przyjemniej.. z jednym minusem- co drugie świąteczne zdjęcie ozdabia Madonna z wielkim cycem, czyli  Ufiak z pasją obejmujący pierś mamy  podczas kolacji, rozpakowywania prezentów, śpiewania kolęd itd, itd, itd… Na dodatek nocą śpi przyssany do karmicielki i co chwila sprawdza, czy leci…wiadomo co…

next level

Tosiek zaczął się głośno śmiać. Pierwszy raz w zabawie z babcią Anką i już myśleliśmy, że był to wyczyn przypadkowy, bo przez tydzień gimnastyki- strzelania min, wyginania się, śpiewania, zabawiania, nie chciał tego popisu powtórzyć. W końcu jednak się udało. Dziś możemy więc podać do publicznej wiadomości, że Teoś wszedł na nowy poziom komunikacji. A wygląda to tak: gdy Teo jest bardzo, bardzo zadowolony- czyli tylko wtedy kiedy bawimy się jego rączkami, rytmiczne poruszając i stukając w rytm śpiewanej piosenki (top listy przebojów: Jadą, jadą misie) zanosi się słodkim śmiechem. Gdy chcemy bawić się w coś innego, poćwiczyć nóżki, zrobić masaż (dotychczas ulubiony), Tosiek drze się, tak jakby dostawał wewnętrznego wylewu, komunikując : albo bawimy się w to, co ja chcę albo będziecie się stresować, czy mój płacz to tylko akt terroryzmu, czy faktycznie coś mnie rozbolało (bo jako debiutanci w roli rodziców wciąż dajemy się nabrać na te okrzyki histerii). Swoją drogą, matka natura świetnie to urządziła, że niemowlaki wokalizują płacz na ałaaa i na nieeee (tyle można dosłyszeć się z wrzasków Tosia).

Korzystając z okazji aktualny level Teosomka to:

  • od 10.12- głośny śmiech,  wyczyn powtarzany z większą częstotliwością od 17.12;
  • uśmiechy, częstsze i z wielu okazji (obudziłem się wyspany, o tato na mnie patrzy, o babcia przyjechała, o ciocia Aga się wydurnia, o udało mi się zrobić kupę..) i całkiem bez okazji (może po prostu myśli sobie coś miłego?);
  • świadome, choć niegramotne używanie rączek- wszystko chce chwytać i ugniatać, choć czasem jeszcze nie daje z tym rady;
  • fascynacja językiem. Zaczęło się od próby naśladowania min. Oczywiście mały umysł nie opracował jeszcze algorytmu jak kląskać lub cmokać, ale podczas obserwowania kląskających dorosłych Teo wywala język i majta nim z zadowoleniem. Wszystko próbuje też lizać (piłkę podczas ćwiczeń, wodę w kąpieli, aż boję się pomyśleć co będzie na basenie..).

Podróż Teo

Po ostatniej, tygodniowej podróży, liczącej ponad 750 km naszła nas refleksja o trafności podtytułu tego bloga oraz możliwych jego interpretacjach.

„Podróż Teo”

Interpretacja pierwsza: co autor miał na myśli. 

Inspiracją do imienia naszego Teosomka, a także do nadania podtytułu bloga była książka „Podróż Teo” autorstwa Catherine Clement, którą czytałam będąc nastolatką. Zapożyczony tytuł wydał mi się  trafny, bo od dnia narodzin Tośka odbywamy wielowymiarowe podróże w głąb internetu, gąszcz kontaktów i do kolejnych etapów usprawniania.

Interpretacja druga: zgodna z aktualnym stanem rzeczy.

Od chwili narodzin, a dokładniej dnia wyjścia ze szpitala, do dziś Teo przejechał ponad 1700 km. Poza Toruniem i Wylazłowem, był także w Lidzbarku, Działdowie, Mławie, Ciechanowie, Warszawie i Bydgoszczy. Dzielnie zniósł dwie awarie auta i 3 godzinną jazdę bez przerwy. Nabył przy tym zwyczaju natychmiastowego zasypiania zaraz po tym, gdy w samochodzie włączy się radio.

 Interpretacja trzecia: nadinterpretacja.

Teo (zwany Ufiakiem), to podróżnik z innej galaktyki.

Od wczoraj jesteśmy w domu. My rozpoczynamy podróż przez mękę, czyli odzwyczajanie się od cukru i mleka zgodnie z zaleceniami dr G, a Tosiek odpoczywa od podróżowania, przynajmniej tego w odległościach geograficznych.

domowe laboratorium poznawania świata

W naszym Domowym Laboratorium Poznawania Świata znajdują się:

- 3 myjki kąpielowe, każda inna: z gąbki, z siatki i ze sznurka;

- kłębek wełny;

- duży pęk plastikowych korali w różnych kolorach (szary, niebieski, fioletowy, różowy);

- plastikowa butelka z pociętymi sznurami korali czerwonych, granatowych i żółtych;

- duży metalowy dzwonek na czerwonym sznurku;

- paczka fasoli Duży Jaś;

- ampułki z goździkami, cynamonem, kawą, miętą- do wąchania;

- kawałek czerwonego szyfonu umieszczony w rolce po papierowych ręcznikach;

- „śnieżna kula” zrobiona z białej kartki do ksero;

- drewniane instrumenty muzyczne: flet, cymbałki, marakasy;

- kosmiczna lampa ze światłowodami;

- pies: Rufus (wielofunkcyjny);

- donica z miętą cytrynową do macania i wąchania;

- duża piłka fitness oraz małe piłeczki do masażu

Jeżeli ktoś ma pomysł jakie jeszcze eksponaty możemy umieścić w naszym laboratorium prosimy o wpis.

 

hurraterapia (autorefleksyjnie)

To podobnież minie i prędzej czy później przejdziemy do codzienności. Pogodzimy się? Przecież jesteśmy pogodzeni, tylko przy tym całkowicie zdeterminowani by zapewnić Teo  jak najbardziej samodzielne życia. Czytamy więc, jeździmy, masujemy, ćwiczymy, pokazujemy świat, szukamy specjalistów, kombinujemy z dietą i z witaminami… Wszystko to trochę na hura, „bo może warto spróbować”, „bo nie wolno zaniedbać”, „bo lepiej nie przegapić”…

Nie ma więc dni wolnych od masaży (ciałka i buzi) oraz ćwiczeń (tych fizycznych i tych umysłowych). Nie ma dnia bez rodzinnej dyskusji, co jeszcze moglibyśmy robić, jakie specyfiki już i w przyszłości Tośkowi podawać. Nie ma tygodnia bez wizyty u jakiegoś specjalisty i miesiąca bez przynajmniej jednej wycieczki w Polskę, do specjalisty, którego w Toruniu nie ma. Dzięki babci Ance, która regularnie przekopuje internet, mamy co dzień raport nowinek co do możliwych terapii. Śledzimy strony: zakatek21.pl i zespoldowna.info, podpatrujemy Staszka-Fistaszka i KosmitkaJo.  Dzięki fundacji „Dorotkowo” mamy wsparcie cudownej logopedki, pani rehabilitantki i co najważniejsze rodziców innych trisomitów.

Kupujemy sensoryczne zabawki, pomysłowe pomoce dydaktyczne, sami coś tam kombinujemy: to zabawę fasolą (a dokładniej w fasoli), to komplet myjek do macania, to korale do wyciągania… Czytamy dużo o integracji sensorycznej. Niecierpliwie czekamy (jeszcze miesiąc), aż Teoś trochę podrośnie, żeby spróbować terapii basenowej. Wiosną na konie, a potem najlepiej od razu na rytmikę…

Już myślimy, co z przedszkolem i ze sportami, które mogą zastąpić typową rehabilitacją. Za tydzień wizyta u dr Ganowicz, z którą wiążemy nadzieje na właściwą suplementację.

I tak z tygodnia na tydzień mijają nam dni.  Hipoterapia, dogoterapia, fizjoterapia… gniazdowanie, masowanie, suplementowanie… Ale czy Teo nie stał się naszym projektem, czy nie tracimy w tym wszystkim magii rodzicielstwa, i czy efekty nas nie zawiodą? „Hurraterapia” stała się naszą codziennością, ale czy nie złamiemy się przy pierwszym niepowodzeniu?

 

O TYM, JAK TEO POZNAWAŁ ŚWIAT

Bajka czwarta (autor: babcia Anka)

Początek jest zbyteczny, bo wszyscy wiedzą , o co chodzi, więc od razu nastąpi ciąg dalszy.

Żarłok Teo rósł i rósł, wreszcie zaczął przypominać dużą, białą kluskę, tyle, że ze szparkami oczu, które ciekawie zerkały na świat. Z przyjemnością kontemplował ulubione obrazy. Twarze mamy i Taty rozpoznawał bezbłędnie. Zachwyt nieodmiennie budził w nim widok nieba szarą porą, przesłanianego nagimi, czarnymi konarami drzew. A latarnie rzucające rozproszone światło na wszystko wokół były cudowne! Lubił kolory, szczególnie czerwony, czarny , choć powoli przekonywał się tez do żółtego. Mały, ledwie wystający spomiędzy pulchnych policzków nos wyraźnie wolał woń kawy, którą Mama raczyła się ranną porą od innych woni. Pulchne łapki zanurzały się łapczywie w kudłach brata Rufusa i aksamitnym futerku siostry Yuki. A te rozmaite powierzchnie- jedne gładkie i zimne, drugie szorstkie, miękkie i twarde…nie mógł się im nadziwić. Tarzanie się w różnych przedmiotach, nawet w fasoli okazywało się  świetną zabawą. Jednak nikt nie przypuszczał, że dla Ufiaka najprzyjemniejszym doznaniem są dźwięki, dopóki przypadkiem tego nie odkryto.  A było to tak…

Teo był od dawna przyzwyczajony do codziennej gadaniny  rodziny, odbierał swoimi radarkami czasem głośne rozmowy, czasem szepty. Uwielbiał szeptane wieczorem bajki Mamy i od razu zasypiał spokojnie. Znał już szeleszczenie, świsty, stuki i puki, dzwonienie…Jednak, gdy któregoś dnia w izdebce na poddaszu pojawił się jeden z wujków, stało się jasne , co najbardziej bawi Teofila. Wujo pochylił się nad Małym, obydwaj spojrzeli na siebie znacząco i…wtedy się zaczęło! Wuj zmienił się w Pana Nadętego. Wydął poliki tak, że ledwie wytrzymywały i ze ściumpionej, okrąglutkiej dziurki  pod nosem, która wcześniej była ustam, zaczął się wydobywać dziwny dźwięk- ni to pisk, ni to popierdywanie, które za moment przerodziło się w kwiczenie, a potem coś w rodzaju pokasływania, kiedy Nadymacz zaczął już umierać ze śmiechu. Teo bacznie obserwował czerwieniejące poliki, z uwagą rejestrował nietypowe dźwięki. Podobały mu się, trzepotał rączkami i nóżkami, i szeroko się uśmiechał. Próbował nawet swoją buźkę ułożyć w ryjek. Jeszcze więcej wrażeń dostarczyła mu jedna z ciotek-wróżek, która dla zabawy postanowiła udawać makolągwę. Wiedziała mniej więcej, że to chyba ptak, ale jaki, to już nie. Jednak „makolągwa”-jak to pięknie i dźwięcznie brzmi, z pewnością wydaje też odpowiednie do nazwy dźwięki: kląska, kwęka, gulgoce… Tak się zapamiętała w swoim kląskaniu, że bez mała stała się makolągwą, wysuwając szyję do przodu, wyrapalając oczy swe błękitne na słupki, układając usta ukarminowane w gustowny dziubek. Teo był zachwycony, zaczął gugać , aaaachać i eeeechać, a Rodzina pękała ze śmiechu. Zapomnieli wszyscy o zmartwieniach, problemach  choć na chwilę. Przy okazji odkryto, że zaczarowana skrzyneczka, z której wydobywają się rozmaite głosy i melodie też niezwykle zajmuje Ufiaczka.

Odtąd szczęśliwy Teo żyje wśród wielu dźwięków, a rodzina wymyśla dla niego ciągle nowe.